Rodzina w gospodarstwie
Wisła z czasów mojego dzieciństwa była oazą szczęśliwości. Mama nie mogła zapisać nas na żadną kolonię, bo byłaby to dla nas kara. Przynosiłam do domu świadectwo i przyjeżdżałam do Wisły. Mieliśmy tutaj „bandę dzieci” i gdy wszyscy wczasowicze zjeżdżali się to zaczynaliśmy zabawę w Indian a krowy sąsiadów stawały się bizonami. Po naszych zabawach dwa dni ich czasem szukali. Dlatego najważniejsze było, żeby dzieciak potrafił szybko uciekać przed gospodarzami szukającymi swoich krów. Powolny nie miał szans i nie werbowało się go do „bandy”.
Nasza rodzina jest związana ze Śląskiem i Wisłą. Mój dziadek pochodził z Wisły. Ożenił się z babcią, która pochodziła z Giszowca i przeprowadziła się tutaj. Potem moja mama wyszła za mąż i przeprowadziła się do Jaworzna a potem ja, po wyjściu za mąż wróciłam na dawne miejsce.
Gdy wyszłam za mąż i zrezygnowałam z pracy w jednym z ośrodków wczasowych, moja mama nakłoniła mnie, żebyśmy poszerzyli dom. Powiększyliśmy budynek o 1/3 i zmieniliśmy dach na spadzisty. Po remoncie stwierdziliśmy, że trzeba zająć się wynajmem pokoi. Za namową Pani Anieli Mitręgi wstąpiliśmy do Koła Agroturystycznego i tak zaczęła się nasza przygoda z agroturystyką.
W obsługę gości jesteśmy zaangażowani wspólnie z mężem. Pomagają nam też nastoletni synowie. Z racji wieku bawią się z dziećmi wczasowiczów, choć są też tacy goście, którzy bardzo lubią chodzić ze starszym synem na grzyby.






