Rodzina w gospodarstwie
Odkąd pamiętam, w połowie lat sześćdziesiątych, do naszych rodziców przyjeżdżali goście: spali na sianie albo w namiotach. Czasem, trzeba było odstąpić pokój gościom, a samemu pójść na siano. Bywało, że nocowały z nami dzieci wczasowiczów. Robiliśmy wspólne przedstawienia dla sąsiadów i zbieraliśmy datki do puszki a potem mieliśmy pieniądze na lody. Pamiętam wspólne ogniska. Większość z tych gości nadal przyjeżdża. Mieszkają teraz w Łodzi, Lublinie, Warszawie a nawet w Gdańsku.
Pomysł zajęcia się głównie agroturystyką podsunęła mi sąsiadka. Gospodarstwo przestało już być źródłem utrzymania a my zawsze lubiliśmy wiedzieć, co jemy. Postanowiliśmy, że to będzie naszą dewizą.
Mieszkamy w Wiśle-Malince od 4 pokoleń wstecz. Ja zajmuję się gospodarstwem a mąż pracuje w kolejach państwowych. Dzięki temu, w wagonie sypialnym, zwiedziliśmy dużą część Europy – Chorwację, Włochy, Grecję. Wszędzie mi się podobało, szczególnie nad morzem, ale po tygodniu zawsze chciałam wracać do domu. Podróżujemy też samochodem. Pasją męża jest ciesielstwo. Nauczył go tego mój ojciec. Pomaga czasem synowi przy budowie drewnianych domów.
W obsłudze gości pomaga mi córka Jola, która organizacji ruchu turystycznego uczyła się w wiślańskim „Patelnioku”.















